Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

18.05.2017
czwartek

Chris Cornell. Gdzie są fake news, kiedy ich potrzebujemy?

18 maja 2017, czwartek,

Co się znajdzie na Waszym nagrobku? Idiotyczna kolorowa ściana na fejsie z napisem: „Chris Cornell, naprawdę?”.

Tak, dowiedziałem się o śmierci jednego z moich ulubionych wokalistów. I od razu zacząłem szukać źródeł – licząc, że może to kolejny hoax, jak ten o Avril Lavagne (jest taka piosenkarka, taki alt dla nastolatków sprzed dekady), że nie żyje, a wytwórnia podstawiła pod nią kogoś innego. Okazało się, niestety szybko, że z Cornellem to akurat prawda. Gdzie są fake news, kiedy ich potrzebujemy?!

Wiem, że w tej rubryce spodziewacie się raczej tekstów politycznych. Ale nie dziś. I nie to, że jestem załamany. Jeśli znasz kogoś z teledysku w MTV… Jak to, pomyślicie, YouTube w telewizji? Zatem mały wtręt historyczny: tak, dawno, dawno temu, za siedmioma górami, był taki program w telewizji, w którym leciały teledysk. I nie było to disco polo w telewizji publicznej. W każdym razie: jeśli znasz kogoś z teledysku, to tak jakbyś, dajmy na to, znał Królika Rogera (tego z filmu) albo Jamesa Bonda. Jednym słowem: znasz dość wybiórczo, bez poczucia, że dana osoba istnieje realnie.

Niestety, Chris Cornell istniał realnie, realnie śpiewał, komponował i grał. Robił to na własny rachunek – z różnym efektem. Jeden kawałek możecie kojarzyć właśnie z Bonda. Grał jakiś czas z ekipą z Rage Against the Machine jako Audioslave. Nieźle. Choć wolałem oryginał z jego lewacko-bojówkarskim zacięciem. Ale Chris Cornell założył też, i ostatnio nawet reaktywował, Soundgarden. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Do odpowiedzi na pytanie, dlaczego zamiast pisać na tematy zapewne dużo istotniejsze – o uchodźcach na przykład – o czym zresztą pisać można ciągle, bo tragedia w Syrii trwa, a polska ksenofobia rozkwita jak mangolia na wiosnę – piszę właśnie o Cornellu. I o tym, dlaczego nie jestem załamany, ale zdrowo wkur…

Bo ucieszony reaktywacją Soundgarden pomyślałem, że mam jeszcze mnóstwo czasu, żeby zobaczyć ich na scenie. Że to jednak nie Black Sabbath, które dokonało właśnie pożegnalnego objazdu, które może zejść ze sceny w każdej chwili, i to w trakcie występu. Niepokonanym. Osborne’a i spółkę olałem zresztą – i to mając ich pod nosem, na Atlas Arenie w Łodzi, trzymając palec na ikonce „zapłać”. Jednak oglądając ostatnie ich występy live – już nie w MTV, ale na YouTube właśnie, uznałem, że byłoby to niezdrowe. Jak podstarzałe panie w lateksie na innym kanale (oczywiście niemieckim), na którym oglądało się nocą NBA, zachęcające do wykonania seks(?)telefonu, recytujące ociekającym podnieceniem głosem cyfry odpowiedniego numeru. Niemieckie liczebniki są dla mnie od tego czasu stracone. Starość ma swoje miejsce w świecie jak najbardziej, ale akurat zespołom rockowym czy też heavy-metalowym, jak kto woli, służy rozmaicie. I wolałem zostać z nieskażonymi Children of the Grave i Sabbath Bloody Sabbath tak, jak wybrzmiały – 45 (!) lat temu.

Soundgarden, jak każdy szanujący się zespół posiadający na składzie gitarę elektryczną, nagrał oczywiście cover Black Sabbath – „Into the Void”. I myślę, że zdecydowanie bliżej było im – przy całym Seattle power itd. – do rockandrollowej klasyki z przełomu lat 60. i 70. niż do kolegów z Mudhoney, Nirvany czy nawet Pearl Jam. Tak, zdarzało się im smęcić. Ale było to smęcenie w wielkim stylu, jak np. Black Days, no i Black Hole Sun, które pewnie dla większości było jedynym zetknięciem z muzyką Soundgarden. Może jeszcze Spoonman. Chłopaki mieli szczęście do dobrych teledysków. Ale bywają zetknięcia gorsze.

„Ugly Truth” – z powolnym riffem i mocną perkusją, wokalem Cornella, który brzmi jak echo, jakby stworzone do grania na stadionie. Lekkie, zaczepne „Burden in My Hand” o morderstwie ukochanej na pustyni, do zagrania na akustyku na poboczu drogi gdzieś w Arizonie. No i „Jesus Christ Pose”. Nie ma co pisać, nawet w żałośnie płytkiej wersji z laptopowych głośniczków rozkręconych na maksa – jest to odlot.

A może był? Podobno to muzyka, której słuchamy, mając kilkanaście, dwadzieścia lat kształtuje nasze gusta najmocniej. I podobnie filmy czy książki. Spotkanie Ala Pacino, Kevina Spacey (zawsze) czy Jonny’ego Deppa (z czasów „Fear and Loathing Las Vegas”) to nawet dziś byłoby coś. A taki Ryan Gosling czy inni, świetni aktorzy, których oglądam w filmach, których tytułów nawet nie pamiętam, cóż, pewnie nawet bym ich nie rozpoznał. Dlatego mimo że moje płyty Soundgarden kurzą się gdzieś w pudełkach po butach (niektóre za ciężkie pieniądze kupowane na stadionie), do ich muzyki będę miał zawsze stosunek emocjonalny – mimo że pewnie, tak jak prawie z każdą muzyką, należy ona do swojego czasu. Albo raczej mojego – kiedy muzykę się przeżywało, zamiast wypełniać nią tło, kiedy nowo nabytego albumu słuchało się w kółko, aż do znudzenia, bez zapętlania setki MP3 czy tym bardziej playlisty anonimowych wykonawców z jakiejś składanki Perfect Cofee Afternoon na Spotify.

Spieszcie się słuchać ważnych dla Was wykonawców. Teraz każdy rok obfitować będzie w spektakularne zgony. To kwestia czystej demografii – legendy muzyki rozrywkowej, o ile nie należą do klubu 27 (Janis, Jimi, Jim, Kurt), są w wieku mocno emerytalnym. A rock&rollowy tryb życia nie stanowi synonimu słowa zdrowy. Dla mojego urodzonego rok temu synka zespół nagrywający w pierwszej połowie lat 90. będzie równie odległy jak dla mnie nawet nie Led Zeppelin czy Pink Floyd, ale Beatlesi czy Rolling Stonesi w swoich początkach. Ale dobra muzyka jest wieczna. Cokolwiek to dziś znaczy.

Autor: Leszek Jażdżewski

Publicysta, politolog, założyciel i redaktor naczelny liberalnego magazynu „LIBERTÉ!”.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 7

Dodaj komentarz »
  1. Wieczna to jest muzyka Mozarta.

  2. RIP
    black hole sun – won’t you come ?

  3. RIP Chris…..

    btw – jakowalski – jeżeli zgodzić się z przesłaniem autora blogu to masz około 250 lat. Gratulacje rekordzisto!

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Ehhhh mam to samo. Pewnie podobny wiek co autor

  6. Prócz dokonań wspomnianych przez Pana Redaktora, bardzo lubię jego interpretację piosenki „Billie Jean” (oryginalnie wykonywał to Michael Jackson). Wielka szkoda Chrisa.

  7. Kiedy zastrzelili Lennona wydawało mi się, że to stary, 40 letni facet. Bo miałem 12 lat. Nawet kiedy zmarł Ryszard Ridel, wydawało mi się, że taki najmłodszy to on już nie był – 37 lat… Cornell miał 53. Ale młody, nie?

  8. Zajmijmy się prawdziwymi problemami, np. wizytą Trumpa w Arabii Saudyjskiej:
    chi-neng
    Moze EU powinna zwrocic sie do Arabii Saudyjskiej z prosba o przejecie wszystkich migrantow -pobratymcow z calej Unii (powtarzam; CALEJ), w ramach wiary islamskiej i humanitaryzmu?
    Stac ich na tego rodzaju zakupy, sciaganie gor lodowych, hotele w chmurach i w morzu – TO DLACZEGO, DO JASNEJ CHOLERY, NIE ZAJMA SIE WLASNYM POBRATYNCAMI W EUROPIE I SWIECIE?!
    DLACZEGO, DO JASNEJ CHOLERY UNIA NIE ZADA SOBIE TEGO PYTANIA?!
    http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114881,21842389,trump-podpisal-najwiekszy-kontrakt-zbrojeniowy-w-historii-usa.html#BoxNewsImg&a=65&c=61

css.php